Aleksander Barancewicz
Lider · Active Travel · Slow Travel
Od 16 lat wszystko w moim życiu zaczyna się od jednego pytania: „A gdzie teraz pojedziemy?” Praca? Rodzina? Sport? Najpierw podróż – cała reszta musi się dostosować. W tym czasie zdobyłem cztery sześciotysięczniki, poprowadziłem dziesiątki wypraw, a na Kilimandżaro byłem już dwanaście razy. Góry nauczyły mnie przede wszystkim walczyć z samym sobą i zawziąć się na coś bez względu na trudności – wysokość to tylko dodatek.
Ameryka Łacińska stała się moim drugim domem. Spędziłem tam ponad półtora roku, najwięcej w Ekwadorze – i to nie tylko dla widoków. Dzięki żonie Ekwadorce i rodzinie, hiszpański to dla mnie codzienność, a latynoska kultura wrosła w moje życie. Mój zupełnie nie-latynoski temperament dogadał się z tamtejszym żywiołem – ja nauczyłem się więcej luzu, oni… trochę więcej planowania.
Dziś w podróżach numerem jeden są dla mnie dzikie zwierzęta. Mogę siedzieć w jednym miejscu pół dnia, jeśli zwiększa to szanse na zobaczeniu czegoś wyjątkowego. Puma przechodząca przez camping w Patagonii, cztery wieloryby podczas jednego rejsu, leniwiec, który wszedł prosto do baru – takie rzeczy po prostu się dzieją. I właśnie dla takich momentów lubię być w drodze.
Kiedy podróżuję sam, mam jedną zasadę: planuję tylko pierwszy i ostatni nocleg. Cała reszta to czysta improwizacja – bo najlepsze przygody zaczynają się tam, gdzie kończy się plan.
Pierwsza rozmowa
nic nie kosztuje.
Porozmawiaj z naszym zespołem.