Pamiętnik lidera / Tanzania, Materuni / 11 min czytania

Tanzania

Góra jeszcze milczy. Reszta już nie.
03°14′ S , 37°21′ E , Materuni , Chagga , Serval
↓ czytaj

Materuni

Góra jeszcze milczy. Reszta już nie.

Zanim zaczniesz, "Dwie minuty o tym, dlaczego zacząłem ten dziennik dwa dni przed górą."
0:00 / 1:10
Akt I , Kilimanjaro Airport

Ciepło, które
nie jest latem

Dziennik, Kilimanjaro Airport, dzień 1, 19:40

Kilkanaście godzin lotu, przesiadka w Addis Abebie i w końcu czujesz, jak koła samolotu dotykają pasa. Ten dźwięk słyszałem już setki razy. Tym razem brzmi inaczej. Teraz naprawdę czuję, że przygoda się zaczyna.

Drzwi samolotu otwierają się i już po chwili uderza we mnie afrykańskie ciepło. Nie takie jak latem w Polsce. Jest inne. Gęstsze, wilgotniejsze, pachnące ziemią i czymś, czego jeszcze nie potrafię nazwać. Schodzimy po schodach na płytę lotniska Kilimanjaro. Jest wieczór. Nad horyzontem zostało jeszcze trochę światła, ale tutaj ciemność zapada szybko.

Pierwsze zdjęcie. Pierwszy uśmiech. Pierwsze "Jambo". Jeszcze wczoraj byliśmy w Polsce. Teraz stoimy w Tanzanii.

Przed terminalem czekają na nas ludzie z tabliczką naszej lokalnej agencji. Powitania, uściski, pakowanie bagaży, kilka słów po angielsku i suahili. Wsiadamy do busa.

Za oknem zaczyna się pierwszy film z Afryki. Małe sklepy przy drodze. Motocykle. Ludzie wracający do domów. Ogniska. Kurz podnoszony przez samochody. Co chwilę ktoś pojawia się w świetle reflektorów, a sekundę później znika w ciemności. Patrzę przez szybę prawie przez całą drogę. Nie chcę niczego przegapić.

W hotelu czeka na nas kolacja i basen. Wieczór jest ciepły, więc nikt specjalnie nie spieszy się do pokoju. To pierwszy moment, kiedy naprawdę zaczynamy poznawać się jako grupa. Kilka godzin wcześniej byliśmy dla siebie obcymi ludźmi z różnych części Polski. Teraz siedzimy przy jednym stole w Tanzanii.

Kilimandżaro na razie jest gdzieś daleko. Dzisiejszego wieczoru najważniejsze jest jedno. Jesteśmy w Afryce. I właśnie zaczęła się nasza podróż.

Serengeti, zachód słońca, dzień 12
"Częściej żałujemy rzeczy, których nie zrobiliśmy, niż tych, których spróbowaliśmy."
Materuni, dzień 2

Rano przed hotelem czeka bus. Jedziemy w stronę Kilimandżaro, ale jeszcze nie po to, żeby na nie wejść. Dzisiaj chcemy najpierw zobaczyć świat, który istnieje u jego podnóża.

Za oknami robi się coraz bardziej zielono. Pojawiają się bananowce, plantacje kawy, niewielkie domy i pola. W pewnym momencie wysiadamy i dalej ruszamy pieszo. Jest ciepło. Początkowo ścieżka prowadzi pomiędzy lokalnymi zabudowaniami. Później domów jest coraz mniej i pojawia się Afryka, którą do tej pory znałem głównie z filmów.

Po drodze mijamy mieszkańców. Ktoś pracuje przy bananowcach, ktoś niesie coś na plecach, ktoś po prostu idzie w przeciwnym kierunku. Nagle nasz lokalny przewodnik się zatrzymuje. Pokazuje na drzewo. Patrzę i przez chwilę niczego nie widzę. Dopiero po chwili zauważam małego kameleona niemal całkowicie zlewającego się z otoczeniem.

Idziemy dalej. Po drodze zatrzymują nas dzieciaki sprzedające świeże owoce marakui. Kupujemy kilka. Smakują zupełnie inaczej niż te, które znam z supermarketu. Bardziej kwaśne. Intensywne. Świeże. Afryka zaczyna działać nie tylko obrazem. Ma swój zapach i smak.

Idziemy już prawie czterdzieści minut, kiedy gdzieś w oddali po raz pierwszy słyszę wodę. Najpierw cicho. Później coraz wyraźniej. Ścieżka prowadzi dalej i nagle pomiędzy roślinnością pojawia się wodospad.

Woda spada z wysokiej skalnej ściany do niewielkiego jeziora. W powietrzu unosi się mgiełka. Kamienie są mokre, a roślinność dochodzi niemal do samej wody. Prawie sto metrów. Stoję przez chwilę i patrzę.

Widziałem większe wodospady. Widziałem Iguazú w Brazylii. Widziałem wodospady Islandii. Ten jest inny. Może dlatego, że stoi gdzieś u stóp Kilimandżaro. Może dlatego, że jesteśmy tu praktycznie sami. A może dlatego, że to dopiero drugi dzień i wszystko nadal jest nowe.

Przebieram się. Wchodzę do wody. Jest lodowata. Przez pierwszą sekundę organizm mówi mi bardzo wyraźnie, że to był głupi pomysł. Wskakuję. Wiem, że prawdopodobnie więcej tutaj nie wrócę.

Jeszcze wczoraj siedzieliśmy w samolocie. Dzisiaj pływam pod wodospadem gdzieś u stóp najwyższej góry Afryki. A jest dopiero przedpołudnie.

Masai, Wodospad Materuni, dzień 2
Akt II, Chagga

Kawa, która
nie potrzebuje prądu

Dziennik, Materuni, dzień 2, 08:30

Wracamy w stronę busa. Przed wyjściem do wodospadu nasz przewodnik zapytał, czy chcielibyśmy odwiedzić lokalną szkołę. Chcieliśmy. Po drodze zatrzymaliśmy się w sklepie. Kupiliśmy przybory szkolne, trochę rzeczy dla dzieci i dwie piłki. Bo w końcu który chłopak nie lubi grać w gałę?

Szkoła w Tanzanii nie przypomina szkół, które znam z Polski. Trzy proste, parterowe budynki pokryte blachą falistą. Zamiast szyb w oknach są kraty.

Wchodzimy do jednej z klas. Trwa lekcja. Dzieciaki wstają, witają nas, przedstawiają się i opowiadają, czego się uczą. Wokół jest skromnie. Bardzo skromnie. I właśnie dlatego zaskakuje mnie jeszcze bardziej, że każde dziecko ma szkolny mundurek.

Przed szkołą czeka na nas dyrektor. Opowiada o dzieciach, o szkole i o tym, jak wygląda tutaj edukacja. Przekazujemy mu wszystkie rzeczy, które kupiliśmy. To on wie najlepiej, komu i czego potrzeba.

Biorę jedną piłkę pod pachę i idę w stronę boiska. Stare chłopy przeciwko dzieciakom. Nikt nikomu nie daje forów. Mecz się zaczyna. Przez następne kilkanaście minut nie ma Tanzanii i Polski. Nie ma turystów i miejscowych. Jest piłka. Dwie bramki. Krzyk dzieciaków. I bardzo poważna walka o wynik.

Po meczu przewodnik opowiada o Chagga tak, jakby opowiadał o rodzinie. Bo w zasadzie opowiada. "My przyjechaliśmy tutaj, żeby na tę górę wejść. Oni żyją pod nią od pokoleń."

Jesteśmy gośćmi w domu rodziny Chagga. Na ogniu pojawia się metalowe naczynie, a do środka trafiają ziarna kawy. Najpierw są jasne. Po chwili zaczynają ciemnieć. Ktoś cały czas miesza je nad ogniem. Po kilku minutach zapach palonej kawy wypełnia pomieszczenie.

Dostajemy ziarna do rąk. Teraz trzeba je rozgnieść. Nie ma ekspresu. Nie ma kapsułek. Nie ma przycisku. Jest ogień, kawa, ręce i cierpliwość.

Patrzę na to i myślę, jak bardzo skomplikowaliśmy sobie w Europie czynność, która tutaj nadal może wyglądać dokładnie tak. Ogień. Ziarno. Woda. Czas.

Moshi, szkoła
Notatka 1, Materuni

Chagga to lud Bantu od pokoleń związany ze zboczami Kilimandżaro. Żyją na żyznych, wulkanicznych terenach u podnóża góry, gdzie od wieków uprawiają banany, warzywa i kawę Arabica. W tradycyjnych wierzeniach góra związana była z Ruwą, bóstwem kojarzonym ze słońcem, życiem i opieką. Dziś Chagga są jedną z najważniejszych społeczności północnej Tanzanii - wielu przewodników, porterów i kucharzy pracujących przy wyprawach na Kilimandżaro pochodzi właśnie z rodzin Chagga.

Po kawie wracamy do busa. Dzień powoli się kończy. Słońce jest już nisko, światło robi się złote, a my jedziemy do Serval Wildlife.

Po dzisiejszej szkole i domu Chagga spodziewam się kolejnego miejsca, w którym będzie skromnie. Jest dokładnie odwrotnie. Zieleń jest perfekcyjnie utrzymana. Wśród drzew stoją eleganckie budynki, dalej widać otwartą przestrzeń i zwierzęta. Przez chwilę mam wrażenie, że trafiliśmy do zupełnie innej Tanzanii niż ta, którą oglądaliśmy jeszcze kilka godzin wcześniej.

Pracownik sanktuarium spokojnie tłumaczy zasady. Do części zwierząt będziemy mogli podejść bardzo blisko. Niektórych dotknąć. Przy innych trzeba zachować dystans. Nie wolno wykonywać gwałtownych ruchów. Nie wolno biegać. Trzeba słuchać opiekunów. I najważniejsze. To nie jest zoo. Zwierzęta są przyzwyczajone do obecności człowieka, ale nadal pozostają dzikimi zwierzętami.

Dostajemy dokumenty do podpisania. Czytam. Wchodzę na własne ryzyko. Podpis oznacza, że mam świadomość zagrożenia i biorę za siebie odpowiedzialność.

Pracownik zaczyna mówić o nim. O lwie. O królu sawanny. Tłumaczy dokładnie, jak mamy się zachowywać, kiedy znajdziemy się w jego pobliżu. Słucham uważniej niż wcześniej.

Widziałem lwy wiele razy. Na zdjęciach. W filmach. Za szybą samochodu podczas safari. Ale nigdy w ten sposób. Bez samochodu. Bez szyby. Bez klatki pomiędzy nami. Serce zaczyna bić szybciej.

Wychodzimy z restauracji. Rozglądam się. Nie widzę go. Idziemy dalej. Patrzę w prawo. Nic. W lewo. Też nic. I właśnie to jest najgorsze. Wiem, że gdzieś tutaj jest. Tylko nie wiem gdzie.

Idziemy jeszcze kilka kroków. I wtedy go widzę. Leży kilkanaście metrów od nas. Lew.

Pierwsze, co uderza, to jego wielkość. Na ekranie telewizora nie ma skali. Tutaj jest. Ogromna głowa. Łapy. Mięśnie widoczne pod skórą. Grzywa poruszająca się lekko na wietrze. Patrzę tylko na lwa. On jeszcze nie patrzy na mnie.

Robimy kilka kroków. Dziesięć metrów. Może mniej. W głowie pojawia się bardzo pierwotna myśl. Jestem zdecydowanie za blisko.

Lew podnosi głowę. Odwraca ją w naszą stronę. I wtedy nasze spojrzenia się spotykają. Nie przez obiektyw. Nie przez szybę. Patrzy prosto na mnie. Serce mam gdzieś w gardle.

"To nadal jest dzikie zwierzę. Nie dlatego, że tak napisano w regulaminie. Dlatego, że tak patrzy."
Serval Wildlife, dzień 2
Serval Wildlife, dzień 2
Akt III, Serval

Spojrzenie, które
nie mruga

Dziennik, Serval Wildlife, dzień 2, 17:50

Przez kilka sekund nie robię nic. Nie chcę robić nic. Nie chcę nawet odwrócić wzroku. W jego spojrzeniu nie ma agresji. Nie ma też ciekawości, której spodziewałbym się po psie czy innym zwierzęciu przyzwyczajonym do człowieka. Jest spokój. Pewność. I coś, co trudno nazwać, kiedy stoi się kilka metrów od drapieżnika, który bez najmniejszego problemu mógłby zakończyć tę znajomość na własnych zasadach.

Stoimy tak przez chwilę. Człowiek i lew. Gdzieś za nami zachodzi słońce. Afrykańskie światło robi się coraz cieplejsze. Wszystko wokół nabiera złotego koloru. Ktoś robi zdjęcia. Ktoś coś mówi. Prawie tego nie słyszę.

Zapamiętuję oczy. Bo wiem już wtedy, że kiedy za kilka tygodni ktoś zapyta mnie o Tanzanię, będę mógł opowiedzieć o Kilimandżaro, wodospadzie, Chagga, kawie i wszystkim, co wydarzy się później. Ale tego spojrzenia nie będę musiał sobie przypominać. Ono zostanie ze mną na zawsze.

Dziennik, Seronera, dzień 12, 17:20

Anna powiedziała: "Pierwszy raz w życiu byłam tak blisko śmierci i nie czułam strachu." Magda zrozumiała Kilimandżaro o szóstej rano. Anna zrozumiała Tanzanię o piątej po południu.

Moshi, szkoła dzień 2
Autor pamiętnika

Sławomir Gąsiorek

Founder, Lotnictwo, Trekking, Nurkowanie

"Każdą wyprawę, którą prowadzę, najpierw przeszedłem sam. Tanzanię - pięć razy. Za każdym razem inną."

Zostań jeszcze chwilę.
Raz na dwa tygodnie wysyłamy list z dróg.

Notatki z tras i ciche zapowiedzi nadchodzących ekspedycji. Bez spamu, bez sprzedaży na siłę.

Zero spamu , wypisujesz się jednym kliknięciem